Mam naturę obserwatora

opublikowano: 30/11/2014

Rozmowa z Antoniną Murawą – cz. 1.

fot. Antonina Murawa

Agata Hofelmajer-Ros: Zacznijmy od początku. Dlaczego w ogóle robisz zdjęcia?

Antonina Murawa: Zajmuję się fotografią, ponieważ mam naturę obserwatora. Myślę, że fotografia świetnie z tym współgra. Fotografia według mnie to jest obserwowanie najbliższej rzeczywistości – a w moim przypadku miasta, bo to mój żywioł. Jestem mieszczuchem z urodzenia i żyję w mieście całe życie. Fotografia jest poniekąd wytłumaczeniem tego, jak ja patrzę na świat.

AHR: Twoje zdjęcia są – a przynajmniej miałaś w swojej twórczości taki okres – bardzo kontrastowe. Czy to dalej Twój sposób widzenia świata?

AM: Rzeczywiście miałam taki długi okres, trwający co najmniej 7 albo 8 lat, kiedy czerń i biel rzeczywiście były bardzo intensywne, wykorzystywane właściwie bez przejść tonalnych, bez żadnych szarości. To były bardzo graficzne zdjęcia. Próbowałam wcześniej dostać się na grafikę do Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach, ale się nie udało. Ta graficzność była jednak dalej obecna w moim życiu fotograficznym.

Poza tym ja uwielbiam kontrasty, tak chyba patrzę na świat. Może toteż wynikać z tego, że żyję na Śląsku, który jest światem totalnych kontrastów. Nawet forma architektury jest tutaj taka bardzo prosta, surowa – to pasuje mi do tego kontrastowego ujmowania rzeczywistości w fotografii.

Natomiast zachodzi pewna zmiana w mojej percepcji… Od jakiegoś czasu wprowadzam do mojej fotografii kolor i jest to już zupełnie inne spojrzenie. Fotografia czarno-biała pozwala na pewną syntezę rzeczywistości. Mam wtpliwości czy można przy takim kontrastowym spojrzeniu poświęcać tyle uwagi szczegółom… Kolor podpowiada inne spojrzenie na świat, bo tu ważne jest rozmieszczenie barwnych plam oraz to, jak one korespondują między sobą.

Można zatem powiedzieć, że moja percepcja fotograficzne ewoluuje.

AHR: Czemu?

AM: Czemu ewoluuje? (uśmiech) Wiesz, to tak jak w życiu. Człowiek do pewnych rzeczy dojrzewa. Rzeczywistość wpływa na człowieka, zmienia go, pozwala inaczej myśleć, obserwować, wyciągać nowe wnioski. Myślę, że przechodzi się przez różne etapy – nie tylko w twórczości, ale także na co dzień. Czasem następuje to po jakimś czasie dopiero, a czasami objawia się nagle – jak takie oświecenie, żeby może wreszcie jakoś inaczej zacząć pracować…

Ja do koloru dojrzewałam stopniowo. Początkowo trochę się go bałam, bo to jest, uważam, bardziej skomplikowane spojrzenie. Trzeba zobaczyć kolor i umieć go dobrze pokazać w fotografii, żeby to nie był zwykły kicz, kolorkowść taka, tylko rzeczywiście barwa, esencja koloru.

antoninamurawa_06 b bw m

fot. Antonina Murawa

AHR: A jakie tematy poruszają Twoje zdjęcia?

AM: Temat moich zdjęć jest bardzo codzienny, bo to jest miasto, ulica, przestrzeń i wreszcie człowiek umieszczony gdzieś w tej przestrzeni. Bardzo lubię pokazywać sylwetki ludzi w dużych przestrzeniach. Często fotografuję szerokim kątem, ewentualnie standardowym obiektywem. To pokazuje, jak moje oko patrzy. Wydaje mi się, że mam taki właśnie szerszy sposób widzenia, lubię ujmować bardziej plan ogólny, niż szczegół… Lubię pokazywać relacje między poszczególnymi płaszczyznami, planami, kierunkami, światłem, cieniem. I to także zdecydowało o kontrastowości w mojej fotografii.

AHR: A jakie to są obrazy? Głównie chyba obserwujesz Katowice? Czy może są to też inne miejsca?

AM: Przede wszystkim Katowice, myślę, że 80% mojej fotografii to są Katowice. Ale też swego czasu jeździłam więcej po Górnym Śląsku – to był taki zryw, ponieważ uczyłam się w Gdańsku na Akademii Sztuk Pięknych i wydawało mi się, że nie lubię tego Śląska. Gdy chodziłam do liceum, Katowice mi się nie podobały, one zawsze przedstawiały taki smutny obraz: szary, czarny, śmierdzący i zaśmiecony krajobraz. Dopiero ten powrót z Gdańska do Katowic w pewnym sensie otworzył mi oczy…

Wiedziałam, że zostanę tu na dłużej, że Gdańsk zaistniał tylko na kilka lat w moim życiu. Postanowiłam więc wziąć aparat i pojeździć, poznać ten Śląsk i poszukać w nim własnej tożsamości – już nie tylko fotograficznej, ale też spróbować zidentyfikować się z tym regionem. Zaczęłam jeździć po miastach górnośląskich oraz ościennych, nauczyłam się trochę rozumieć to miejsce, oswoiłam z nim i zaczęłam go nawet lubić. Śląsk – jego trudny charakter, bardzo wymagający, w jakimś sensie nieprzychylny człowiekowi… W ten sposób fotografia i aparat, który jest moim przyjacielem już od ponad 12 lat – pozwolił mi polubić Śląsk.

antoninamurawa_nikisz-01 m

fot. Antonina Murawa

AHR: A opowiedz trochę o tym Gdańsku, jak to się w ogóle stało, że się tam znalazłaś?

AM: To było zupełnie nieplanowane… Wzięłam teczkę pod pachę, pojechałam pociągiem do Gdańska, tam przeszłam przez wszystkie egzaminy z pozytywnym wynikiem i przyjęli mnie na studia. I tam obroniłam licencjat z Fotografii… W tym roku, po kilku dobrych latach, wróciłam do Gdańska, odnowiłam trochę zaniedbane znajomości.

AHR: A co tam wtedy robiłaś, jakie zdjęcia masz z tego Gdańskiego okresu?

AM: To był mój początek przygody z fotografią, więc poniekąd uprawiałam wszystkoizm (śmiech). Fotografowałam starym zenitem, którego notabene zepsułam od ilości zużytych negatywów. Uczyłam się tej fotografii, przechodziłam przez różne męczarnie, wykładowcy mnie tępili za to moje kontrastowe patrzenie, próbowali mnie nawet zniechęcić. Ale ja się uparłam, stwierdziłam, że fotografia jest tym, co pomaga mi w obserwowaniu świata… A ponieważ ja mam naturę obserwatora, mogę w ten sposób tworzyć historie w obrazach.

antoninamurawa_rondo m

fot. Antonina Murawa

AHR: Oglądając Twoje zdjęcia ma się wrażenie, że nie masz kontaktu z danym obiektem czy tematem. To sobie tak wymyśliłaś, czy po prostu jest tak, że właśnie wolisz zachować dystans?

AM: Z natury jestem człowiekiem mocno zdystansowanym i najwyraźniej to widać w moich zdjęciach. Ja lubię być niewidoczna, nawet wśród tłumu. Najbliższy jest mi fotoreportaż, na pewno nie fotografia pozowana, którą nigdy nie chciałam się zajmować. Moim ideałem jest właśnie fotoreporter, dokumentalista. U mnie człowiek nie jest pierwszoplanowy, zawsze jest on umiejscowiony w tej przestrzeni kontekstualnej.

AHR: Ale interesuje Cię bardziej człowiek czy obiekt…?

AM: Człowiek owszem, istnieje prawie na każdej mojej fotografii, ale bardziej obserwuję przestrzeń i miejsca, w których się znajduje. Człowiek jest częścią tej obserwowanej przestrzeni, więc też nie wyobrażam sobie, abym unikała pokazywania go, w żadnym wypadku. Natomiast na pewno nie gonię za nim, nie namawiam, żeby mi pozował do zdjęcia.  Jeżeli widzę idącego człowieka, on w pewnym sensie jest elementem uzupełniającym tę przestrzeń.

antoninamurawa_chodzą sobie bw m

fot. Antonina Murawa

AHR: A jakie są Twoje inspiracje?

AM: Bardzo lubię dokumentalistów. Moje fascynacje zatrzymały się chyba na Mistrzach tego gatunku, zwłaszcza na fotografach ulicznych. Uwielbiam Roberta Franka, jego cykl Amerykanie, doskonała rzecz. Lubię Helen Levitt, Diane Arbus… Ta druga z kolei świetnie nawiązywała w fotografii kontakt z pozującymi ludźmi, bo to najczęściej zdjęcia pozowane w kwadratowym kadrze 6×6.

Pewnie mogłabym wymienić jeszcze innych, ale to chyba ta trójka jest dla mnie najbardziej inspirująca. Ostatnio odkrywamy Vivian Meyer – i przyznaję, że ona również mi się spodobała. Doceniam to, że pokazała swój talent w tak naturalny sposób. Jednocześnie ten film dokumentalny o niej pokazuje, że to była świruska jakich mało (śmiech). Myślę, że fajnie się stało, że ten chłopak miał taką determinację, że wykupił te wszystkie negatywy, wywołał, zeskanował, wreszcie pokazał… Próbował zainteresować różne instytucje z różnym skutkiem, w końcu się udało. I cieszę się z tego powodu, bo rzeczywiście Vivian Meyer to rewelacyjne odkrycie.

Taki kierunek mnie inspiruje najbardziej. Ale też nie w tym sensie, aby go naśladować czy powielać, one są inspirujące do poszukiwania tego, jak ja chcę fotografować.

AHR: A z bardziej współczesnych artystów?

AM: Prawdę powiedziawszy moje fascynacje zatrzymały się na Mistrzach tego gatunku. Nigdy nie podążałam za duchem czasów. Zawsze chodziłam swoimi drogami, starałam się zachować swoją indywidualność. Właściwie nie oglądam dużo dzisiejszej fotografii i nawet trudno mi wymienić nazwiska tych młodych autorów, którzy teraz przecierają sobie szlaki. Zdecydowanie Mistrzowie tego gatunku interesują mnie najbardziej…

AHR: Fotografujesz sama czy jesteś może w jakiejś grupie i robicie zdjęcia razem?

AM: Ja jestem indywidualistką, uwielbiam chodzić sama na fotograficzne spacery, które mogą trwać godzinami. Mam oczywiście zaprzyjaźnionych fotografów, czasem też wyjeżdżamy w teren z kolegą. Zwykle wtedy, gdy potrzebuję odpocząć od miejskiej przestrzeni – wtedy wyjeżdżamy w naturę, las, przestrzenie mniej ucywilizowane… Ale nawet wówczas to wygląda tak, że on idzie swoją drogą, a ja idę swoją. Nie przeszkadzamy sobie nawzajem, najwyżej w pewnym momencie się spotykamy, zamieniamy parę zdań i dalej idziemy w swoim kierunku (śmiech). Mamy zresztą wspólnie za sobą taki etap fotografowania odchodzących obiektów, jak cementownie w Wojkowicach czy Jaworznie, pozostałości po Hucie Kościuszki w Chorzowie, czy inne walące się kopalnie, na przykład jak ta w Sosnowcu… Ale ja jestem fotografem indywidualistą i najbardziej odpowiada mi samotne fotografowanie.

AHR: Zainteresował mnie też cykl zdjęć z Twoją Mamą, jest wyraźnie inny. Widać, że macie kontakt w czasie realizacji tego projektu. Czy są jeszcze inne osoby, które tak fotografowałaś?

AM: Taki portret z bardzo bliska rzeczywiście zrobiłam tylko mojej Mamie. Twarz, dłonie… Fascynuje mnie twarz mojej Mamy, jej ręce, które są bardzo naznaczone życiem. Moja Mama miała wtedy koło siedemdziesięciu lat… Jej ręce – takie bardzo kościste, żylaste i spracowane… bardzo są dla mnie wymowne i trudno mi było się oprzeć tej pokusie.

AHR: Ale nie chciałaś pójść w tą stronę?

AM: Nie. Pozostałam jednak w tej dużej, szerokiej przestrzeni, która fascynuje mnie najbardziej.

antoninamurawa_DSC_1761 m

fot. Antonina Murawa

AHR: A jak doszłaś do fotografii? Czy od początku wiedziałaś, że to jest ta droga czy to też był proces?

AM: Teraz owszem – tylko i wyłącznie fotografia. Natomiast wcześniej trochę poszukiwałam. Mam za sobą etap poważnego zainteresowania grafiką. Interesowały mnie tradycyjne techniki, typu litografia, ciężka, wykonywana przy użyciu kamienia czy linoryt, przy którym się dłubie, dłubie, i dłubie, następnie pokrywa się farbą drukarską i odbija obraz. Ale w pewnym momencie chwyciłam jednak za aparat i od razu wiedziałam, że znalazłam swoją drogę. I trzymam się jej już konsekwentnie.

AHR: A jakie techniki preferujesz w fotografii? Jakiego sprzętu używasz, czy wywołujesz i oprawiasz odbitki?

AM: Przygodę z fotografią zaczęłam od aparatów małoobrazkowych, tradycyjnych. Fotografowałam na czarno-białych negatywach, które sobie sama wywoływałam. Miałam w swoim pokoju ciemnię, robiłam odbitki własnoręcznie – ale wyłącznie czarno-białe. Nigdy natomiast nie wywoływałam kolorowych negatywów ani kolorowych odbitek papierowych.

Aktualnie fotografuję cyfrą oraz aparatem małoobrazkowym na film – teraz wykorzystuję już tylko i wyłącznie kolorowe negatywy, często przeterminowane. Zaczęłam w końcu łączyć tradycję z nowoczesną technologią.  Także późniejszy proces obróbki tej fotografii następuje w sposób cyfrowy: skanuję negatywy, a później szlifuję je w Photoshopie… W sumie Photoshop mi pomaga w bardziej precyzyjnym opracowaniu zdjęć.

AHR: Czy kontrast był od samego początku, czy dopiero potem go odkryłaś?

AM: Właściwie od samego początku.

AHR: A w kolorze też kontrastujesz?

AM: Owszem. Kolor jest u mnie także wykorzystany w taki mocny, silny sposób. To kontrastowe myślenie pozostaje zatem zarówno w czerni i bieli, jak  i w kolorze.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ